Św. Marcin de Porres urodził się bez nazwiska, w księdze chrztów zapisano go jako dziecko nieznanego ojca.

Ojciec, dumny Hiszpan, dopiero z czasem dopuścił do nazwiska swego nieślubnego syna. Urodę jednakże Marcin odziedziczył po matce, która była Murzynką. W ten sposób był podwójnie napiętnowany: jako dziecko nieślubne i jako człowiek czarnej rasy. Spodobało się jednak Bogu właśnie jego, wzgardzonego przez ludzi, wybrać sobie szczególnie.

Dwa rysy duchowej sylwetki św. Marcina podkreślają jego żywoty, oba trudne do zrozumienia dla współczesnego człowieka. Po pierwsze, prowadził on życie pokutne, zupełnie przekraczające możliwości normalnego człowieka. Po wtóre, mówią żywoty, że zjawiał się on niejednokrotnie w sposób cudowny – niewzywany, mimo zamkniętych drzwi, w innym mieście lub kraju – żeby przyjść z pomocą potrzebującemu.

Nieraz matka sprawiała mu lanie

Nieraz matka sprawiała mu lanie, bo gdy chodził po sprawunki, biedne dzieci zaczepiały go na ulicy, aby podzielił się z nimi zakupionym jedzeniem, a on nie umiał oprzeć się ich prośbom. W domu matka przyjmowała go krzykiem i złorzeczeniem i biła go. Marcin, świadom tego, w jakim żyła niedostatku, płakał rzewnymi łzami: nie tyle z powodu poniesionej kary, ale że sprawił matce przykrość. Kiedy jednak znów ktoś od niego biedniejszy poprosił go o wsparcie, nie umiał mu tego odmówić, chociaż czekało go za to lanie. W całej prostocie duszy dzielił się z innymi swoim ubogim dobrem.

Łatwiej zmyć brud materialny niż duchowy

Pewien stary żebrak, pokryty wrzodami i w łachmanach, pokazał mu swoje rany i dał mu poznać swoje opuszczenie. Marcin wziął go w ramiona, jak gdyby żebrak był naszym Panem Jezusem Chrystusem, zaniósł go do swojej celi i położył na własnym łóżku. Nie zważał na niechlujstwo żebraka: nie dajemy się przecież zwieść postaciom chleba i wina, ale czcimy tajemnicę Eucharystii. W tym człowieku, który nie miał nawet nazwiska, a wszystkiego potrzebował, był udręczony, słaby i stary, Marcin obsługiwał Boga, Pana miłości.

Współbrat zakonny skarcił go surowo, wyrzucając mu, że nie godzi się tak odrażającego nieszczęśnika kłaść do własnego łóżka. Marcin mu odpowiedział: „Współczucie jest ważniejsze niż czystość. Wystarczy trochę mydła, żeby oczyścić swoją pościel, ale potoku łez nie wystarczy dla obmycia duszy z brudu, jaki zostawia w niej brak serca dla nieszczęśliwych”.

 
Miłosierdzie ważniejsze niż posłuszeństwo

Miłosierdzie ważniejsze niż posłuszeństwo

Nieustannie wzywano brata Marcina do klasztornej furty. Proszono o chleb, szukano pociechy lub lekarstwa. Wszystkich przyjmował z otwartym sercem. Pomagał wszystkim bez różnicy. Hiszpanie, Indianie, Murzyni, Mulaci otrzymywali opiekę, pożywienie, a nawet dach nad głową. Jeśli założone przez niego przytułki były przepełnione, starał się umieścić ich w swojej celi albo w jakimś pustym pomieszczeniu klasztornym.

W końcu doszło do takiego przepełnienia, że charakterystyczny zaduch chorób i biedy ogarniał cały klasztor. Wówczas ojciec prowincjał, w trosce o zdrowie zakonników, zakazał bratu Marcinowi pozostawiania w klasztorze chorych i słabych. Wolno mu było troszczyć się o chorych, ale poza klasztorem. Brat Marcin umówił się ze swoją siostrą, która mieszkała poza miastem, i u niej, przy jej pomocy, udzielał chorym gościny.

Jednakże wracając kiedyś wieczorem do klasztoru, natknął się na leżącego na ulicy Indianina, którego zraniono sztyletem. Biedak obficie krwawił i prawie już konał. Brat Marcin opatrzył go, podniósł z ziemi i wziął na ramiona. Ponieważ klasztor był blisko, zaniósł na razie ten bolesny ciężar do swojej celi, z zamiarem przeniesienia go do siostry, skoro tylko będzie to możliwe.

Jednakże prowincjał — źle poinformowany albo chcąc doświadczyć tego osobliwego zakonnika — surowo skarcił brata Marcina za nieposłuszeństwo: „Przecież wyraźnie powiedziałem, żeby nie wprowadzać żadnego chorego do klasztoru, i nikt, nawet brat Marcin, nie powinien zbierać Indian z ulicy, żeby ich umieszczać w klasztorze”. Prowincjał nałożył bratu Marcinowi surową pokutę za to przewinienie. On zaś ochoczo pocałował ziemię i bez słowa pokutę wypełnił.

W kilka dni później brat Marcin oddawał jakąś posługę ojcu prowincjałowi. Ukląkł, żeby jeszcze raz go pokornie przeprosić. Ojciec na to: „Nie mam ci tego za złe, ale musiałem ukarać twoje nieposłuszeństwo”. „Niech mi ojciec wybaczy mój błąd — nalegał brat Marcin — ale proszę mnie w swojej dobroci pouczyć. Bo nie przypuszczałem, że nakaz posłuszeństwa jest ważniejszy niż nakaz miłości”. Słowa te tak uderzyły ojca prowincjała, że zwrócił bratu Marcinowi swobodę działania w pełnieniu dzieł miłosierdzia na terenie klasztoru.

„I stał się człowiekiem”

Kiedy zaczęło się konanie, umierający brat Marcin zauważył, że uderzono w dzwon, aby cała wspólnota przyszła do jego łoża, jak to jest w zwyczaju w Zakonie Dominikańskim. Poprosił przełożonego znakiem ręki, żeby nikt nie zaprzątał sobie uwagi jego osobą. Jednakże zakonnicy zgromadzili się i otoczyli jego łoże. Umierający ostatkiem sił próbował prosić o przebaczenie wszystkich swoich win. Zaczęły się modlitwy za konających. Brat Marcin trzymał w ręku krucyfiks, całował go, a jego oczy były pełne łez. Wreszcie poprosił, aby zaśpiewano wyznanie wiary. Nie wysłuchał go do końca. Przy słowach „i stał się człowiekiem” jego duch spokojnie opuścił ciało. Wszystko już zostało zyskane dla nieba, cały człowiek został przebóstwiony. „I stał się człowiekiem”. Bóg stał się człowiekiem, aby Marcin de Porres stał się cały Boży.