Św. Jacek należy do tych świętych, których wielkość można mierzyć również dokonaniami zewnętrznymi.

Z jednej strony – niezmordowany misjonarz, który parę dziesiątków lat spędził na nieustannych wędrówkach apostolskich, przemierzając Polskę, zapuszczając się ponadto na Ruś i do pogańskich Prusów. Z drugiej strony – znakomity organizator, który w krótkim czasie założył w najważniejszych miastach ówczesnej Polski (w Krakowie, Wrocławiu, Kamieniu Pomorskim, Gdańsku, Płocku i Sandomierzu) klasztory dominikańskie, pomyślane jako ośrodki promieniowania misjonarskiego i teologicznego.

Najstarszy znany nam żywot św. Jacka został napisany w niecałe sto lat po śmierci świętego. Lektor Stanisław, autor tego żywota, powołuje się przy tym parokrotnie na wcześniejsze dokumenty pisane. Jeśli ponadto przypomnieć olbrzymią rolę, jaką w owych czasach odgrywała tradycja ustna — a lektor Stanisław żył w tym samym klasztorze krakowskich dominikanów, z którym św. Jacek był szczególnie związany i w którym umarł — źródłowa wartość tego żywota okaże się zupełnie pierwszorzędna. Otóż rejestruje on przede wszystkim głębokie przekonanie ówczesnych dominikanów polskich o niezwykłości tego człowieka, jego świętości i duchowej mocy. Musiał być Jacek rzeczywiście kimś niezwykłym — i to nie tylko jako gorliwy misjonarz i świetny organizator — jeśli takim go sobie zapamiętali jego bezpośredni następcy.

Jak niezłomna wiara i nadzieja w Bogu
pozwoliła św. Jackowi przejść przez Wisłę

Zdarzyło się, że błogosławiony Jacek zdążał do Wyszogrodu, miasta w Księstwie Mazowieckim, aby głosić słowo wiary. Żeby dostać się do miasta i głosić tam słowo Boże, trzeba było przeprawić się na drugi brzeg rzeki; Wisła zaś była akurat pełniejsza niż zwykle i wylewała się z koryta. Nie znalazłszy zaś żadnej łodzi ani przewoźnika, pozbawiony ludzkiej pomocy, napełnił się nadzieją w Bogu i mocną ufnością, i powiada do braci Godyna, Floriana oraz Benedykta: „Bracia najdrożsi, módlmy się do wszechmogącego Boga, któremu niebo, ziemia, morze i źródła wód są posłuszne, aby pozwolił nam przejść tę wartką i głęboką rzekę”. Ci usłuchali świętego, poklękali do modlitwy i zanosili błagania do Boga.

Błogosławiony Jacek powstał, naznaczył rzekę Wisłę znakiem krzyża Pańskiego i zaczął stąpać po wodzie, która na sposób stałej materii udzielała mu świętej posługi. Idąc suchą stopą po falach wód, powiada do towarzyszy: „Idźcie w imię Chrystusa moim śladem i żadną miarą nie wątpcie w moc Wszechmogącego”.

Jednak towarzyszący mu bracia, oszołomieni tak zadziwiającym cudem, nie mieli równie apostolskiej wiary i nie odważyli się pójść w ślad za Jackiem. Ten odwrócił się, rozciągnął płaszcz na falach i rzekł do braci: „Dlaczegóż wątpicie, najdrożsi synowie?” I uczyniwszy powtórnie znak krzyża świętego, tak powiada: „Oto most Jezusa Chrystusa, którym w Jego imię przejdziemy przez tę wielką wodę”. I przepłynęli, mając pod sobą fale rzeki niby jakiś stały ląd. Płaszczem, na którym stali zwróceni ku miastu, kierował św. Jacek.

Zobaczywszy to, ludzie owego miasta osłupieli i niezmiernie się zdziwili, i błogosławili Boga, który przedziwne dzieła czyni w swoich świętych.

 

Jak suchą stopą przeszedł przez Dniepr, niosąc alabastrową figurę Chwalebnej Dziewicy

Jak suchą stopą przeszedł przez Dniepr,
niosąc alabastrową figurę Chwalebnej Dziewicy

Kiedy błogosławiony Jacek uzyskał od kijowskiego księcia miejsce na budowę klasztoru, głosił nieustannie przez pięć lat słowo Boże i budował klasztor. W ten sposób wielkie mnóstwo ludzi nawrócił do Chrystusa i utworzył wspólnotę braci.

Pewnego dnia postanowił już wrócić do Polski. Kiedy przystąpił do ołtarza, aby odprawić święte tajemnice i powierzyć się Bożej opatrzności, niespodziewanie rozległy się w mieście krzyki spowodowane nagłym nadejściem Tatarów. Bracia z klasztoru, usłyszawszy je, przybiegli przerażeni do kościoła, do świętego męża odprawiającego Boskie tajemnice, i przekrzykując się, oznajmili mu o tym. „To już po nas, błogosławiony ojcze, uciekajmy co prędzej, może jeszcze uda nam się wymknąć z rąk niewiernych Tatarów! Oni już zbrojną ręką włamują się do bramy klasztoru!”

Usłyszawszy to, święty mąż wziął Najświętszy Sakrament i tak jak stał, ubrany w święte szaty, zaczął wraz z braćmi uciekać. Był już na środku kościoła, kiedy posąg Chwalebnej Dziewicy, wykonany z kamienia alabastrowego, ważący cztery albo pięć talentów, głośno za nim zawołał: „Synu Jacku, dlaczego sam uciekasz, a Mnie razem z moim Synem zostawiasz, aby Tatarzy rozbili ten posąg i go podeptali? Weź Mnie z sobą!”

Św. Jacek, zdumiony tym głosem, powiada: „Chwalebna Dziewico, bardzo ciężki jest ten Twój posąg, jakże go więc udźwignę?” Na to Dziewica: „Weź go, Syn mój uczyni go lekkim”.

Wówczas święty mąż, w jednej ręce trzymając Ciało Chrystusa, w drugiej niosąc posąg, który wydawał mu się lżejszy niż trzcina, wyszedł bezpiecznie wraz z braćmi przez środek niewiernych, którzy właśnie pustoszyli klasztor i wszystkich wokół zabijali. Nad Dnieprem rozłożył braciom płaszcz i suchą nogą przeprowadził ich na drugi brzeg rzeki. W ten sposób zarówno siebie, jak i swoich braci uwolnił od niebezpieczeństwa.

Na żywe i trwałe świadectwo tego cudu pozostawił na tej rwącej rzece ślad swojego przejścia, który widzieli podani wyżej świadkowie i przysięgą to potwierdzili. Figurę zaś przyniósł Jacek aż do Krakowa, gdzie odzyskała swój pierwotny ciężar właściwy kamieniowi i po dziś dzień otoczona jest czcią ludu.

O wskrzeszeniu topielca

Roku Pańskiego 1221, w dzień przeniesienia św. Stanisława, który jest patronem Królestwa Polskiego, zdarzyło się, że błogosławiony Jacek szedł do miejsca owego patrona. Kiedy przepłynął Wisłę (a woda wówczas nadzwyczaj wezbrała), spotkał na brzegu tłum szlachty i ludu, płaczący nad ciałem jakiegoś rycerza, Piotra z Proszowa, który porwany przez rzekę spadł z konia i utopił się.

Matka utopionego, pani Falisława, zobaczywszy błogosławionego Jacka (a znała jego święte życie i miłe Bogu postępowanie), upadła do jego nóg i z płaczem powiada: „Człowieku Boży, ojcze Jacku, spójrz na moje nieszczęście! Miałam jedynego syna, a oto teraz widzę go martwym. Co ja teraz biedna uczynię, sierota bez męża i najdroższego syna?”

Wówczas błogosławiony Jacek poruszony litością zapłakał. Odszedł od tłumu i modlił się na klęczkach, a wróciwszy do zmarłego, pyta jego matkę: „Córko Falisławo, kiedy twój syn utonął?” Odpowiedziała: „Wczoraj wieczorem, ale odnaleziono go dopiero dziś. Pociesz mnie, ukochany ojcze!”

Wówczas błogosławiony Jacek, przystąpiwszy do ciała, wziął rękę zmarłego i powiada: „Piotrze, Pan nasz, Jezus Chrystus, którego chwałę głoszę, niech cię przywróci, za wstawiennictwem Błogosławionej Dziewicy Maryi, do dawnego życia”. Ten natychmiast wstał, dzięki czyniąc Bogu oraz Jego słudze, błogosławionemu Jackowi.

 

O cudownym podniesieniu zniszczonych gradem zasiewów

O cudownym podniesieniu
zniszczonych gradem zasiewów

W Roku Pańskim 1238, kiedy błogosławiony Jacek wrócił z Kijowa, stolicy Rusinów, do Krakowa, pewna szlachetna niewiasta, Klemencja ze wsi Kościelec, zaprosiła go do swojej wioski na uroczystość św. Małgorzaty, aby się duchowo odnowić i odświeżyć. Kiedy przyprowadziła go na wigilię owej świętej, z bólem stwierdziła, że wielkie wichury, deszcz i grad tak zniszczyły jej zasiewy, iż na polu pozostała tylko połamana i zmierzwiona słoma.

Mąż Boży wchodzi do domu owej niewiasty, ta zaś z płaczem, łzami i narzekaniem upadła do jego stóp i tak powiada: „O, szczęsny ojcze Jacku, nie wiem, co czynić ani gdzie się podziać. Zaprosiłam cię dla duchowej pociechy, a oto przyjmuję cię z bólem serca i żalem w duszy. Wszystko, co miałam na polach, w jednej godzinie straciłam, bo grad to zniszczył i unicestwił. Błagam, pomóż mi, ja ufam w twoją modlitwę przed Bogiem”.

Kiedy to jeszcze mówiła, oto mnóstwo mężczyzn i kobiet upadło do stóp błogosławionego Jacka z płaczem i jękiem i przedstawiając mu żałosną opowieść o swoim nieszczęściu, tak powiadają: „O, święty ojcze Jacku, wielka jest wiara twoja i moc twoich dzieł, o których słyszeliśmy. Pomóż nam, biednym, bo z powodu tego nieszczęścia zginiemy z głodu. Grad pozbawił nas, jak widzisz, całego naszego pożywienia. Wielokrotnie słyszeliśmy, że Bóg miłosierdzia wysłuchuje cię we wszystkim. Toteż pokornie cię prosimy, ulituj się nad nami”.

Wówczas błogosławiony Jacek, poruszony łzami niewiasty i dotknięty nieszczęściem tłumu, sam zaczął z głębi serca płakać wraz ze wszystkimi, a w końcu powiada: „Więcej spokoju, najdroższe dzieci. Znieście cierpliwie tę próbę i utrapienie wasze. Bóg, Ojciec miłosierdzia, który po utrapieniach odpuszcza grzechy i przynosi pociechę, pocieszy was. Teraz idźcie do domów waszych, a przez całą noc trwajcie w modlitwach”.

Kiedy odeszli, błogosławiony Jacek spędził całą noc bez snu i cały oddany Bogu modlił się z płaczem za strapionych i poszkodowanych. Dziwna rzecz i warta powszechnego rozgłosu: albowiem skoro tylko ukazały się promienie wschodzącego słońca, w dzień św. Małgorzaty, wieśniacy znaleźli swoje zboża znów pełne ziarna; również inne zasiewy rosły prosto, tak jakby gradu w ogóle nie było.

Widząc taki cud, wszyscy rolnicy tej wsi przypisali go wyłącznie zasługom błogosławionego męża. Upadłszy wraz z sąsiadami do stóp męża Bożego, dziękowali Bogu, że przez świętego swojego — Jacka — zdziałał dziwy i zlitował się nad swym stworzeniem.

Jak św. Jacek wymodlił
macierzyństwo bezpłodnej kobiecie

W Roku Pańskim 1240 miało miejsce następujące wydarzenie: pewna szlachetna pani, Felicja z Gruszowa, która wraz z mężem posiadała ogromne posiadłości, przez dwadzieścia lat nie wydała na świat dziecka i było rzeczą jasną, że nigdy już dziecka nie urodzi. Nieszczęście to było powodem, że cierpiała od swego męża liczne przekleństwa i zniewagi. Nie mogąc znieść hańby bezpłodności, męczyła Boga (jak Anna, matka Samuela) ciągłymi prośbami, aby uwolnił ją od tej hańby i dał dziedzica zdobytych pracą bogactw.

Błogosławiony Jacek, którego duchową córką była ta udręczona kobieta, też modlił się o to, o co ona przez tyle lat we łzach błagała Boga.

Wreszcie pewnego razu, gdy mąż szczególnie ją znieważył, przyszła zapłakana do błogosławionego męża i powiada: „Ojcze Jacku, co ja, biedna, mam począć wobec tylu poniżeń i pogardy od męża? Mąż mój i krewni nienawidzą mnie, bo jestem bezpłodna. Błagam cię, podaj mi pomocną rękę i wstaw się za mną, grzesznicą, u Źródła dobroci, Pana Boga Najwyższego, który to, czego nie ma, powołuje do istnienia i w jednej chwili z łatwością bogaci ubogiego. Wiem przecież i mocno w to wierzę, że jeśli się pomodlisz do Boga, otrzymam dziedzica i mąż mój przestanie mnie znieważać”.

Wobec jej błagań mąż święty westchnął i zapłakał, a głęboko jej współczując, powiada: „Idź, córko Felicjo, dziedziczko wiary i nadziei w Bogu, do domu twego. Zostaniesz obdarzona synem. Oto wydasz na świat takiego potomka, z którego rodu urodzą się liczni biskupi i dygnitarze”. Uwierzyła niewiasta słowom męża Bożego i z radością wróciła do domu, a niedługo potem poczęła z męża swojego i urodziła syna.

Kiedy go odłączyła od piersi, przyniosła do błogosławionego męża do Krakowa, chwaląc Boga i dzięki czyniąc. Spełniło się wszystko, co prorokował święty w duchu Bożym, a zaświadczyło to wielu ludzi godnych wiary.

 

O drogocennej śmierci męża Bożego Jacka

O drogocennej śmierci męża Bożego Jacka

Bóg błogosławiony wyznaczył liczbę, miarę i wagę wszystkiemu, co stworzył. Sobie zastrzegł liczbę miesięcy człowieka; jego życie i śmierć. W swojej ręce zostawił decyzję o początku i końcu ludzkiej natury. Nie inaczej było w wypadku męża Bożego, którego wspaniałe owoce dobrych czynów domagały się nagrody.

Wiele się napracował św. Jacek dla zbawienia dusz, wiele napościł, a całe jego życie było jakby nieustanną pielgrzymką (nigdy bowiem nie dosiadł konia ani nie jeździł wozem, podobnie zresztą jak jego towarzysze), wielu też cudów dokonał. Wreszcie, porwany słodyczą Boskiej kontemplacji, dniami i nocami w ustawicznych modlitwach błagał Boga i z całej duszy pragnął być rozwiązanym i pozostać z Chrystusem (por. Flp 1, 21-24). Często ze łzami i łkaniem modlił się, aby Bóg wyprowadził go z więzienia tej śmierci do ojczyzny, zwłaszcza że ciało podlegające zniszczeniu obciąża duszę, a ziemskie zamieszkiwanie przytępia zmysł rozumienia rzeczy wyższych.

Wiedział również, wraz z nauczycielem pogan, Apostołem Pawłem, że w członkach ciała znajduje się inne prawo, które sprzeciwia się prawu ducha; chce ono podbić ciało w niewolę grzechu i tylko Boża łaska może je pokonać. Dlatego sen uciekał od oczu męża Bożego. Wypełnione jękiem noce składał on nieustannie w ofierze Bogu i błagał, aby mógł w pokoju opuścić ten świat.

Usłyszał Bóg, Ojciec miłosierdzia, jego tęsknotę; On go bowiem od wieków przewidział dla siebie na wiernego sługę. Wyjawił mu kres jego życia i słodko pocieszył, że za kilka dni przyjmie go od razu do radowania się Nim wraz ze wszystkimi aniołami.

Nazajutrz po uroczystości św. Dominika, naszego ojca, zaczął błogosławiony Jacek nieco chorować i z dnia na dzień choroba coraz bardziej się wzmagała. W wigilię Wniebowzięcia Chwalebnej Dziewicy Maryi zwołał starszych braci konwentu krakowskiego (którego był założycielem) i zapowiedział im swoje odejście z ciała.

Kiedy ci zaczęli bardzo płakać, ojciec dołączył słowo pociechy: „Nie płaczcie nade mną, najdrożsi synowie, bo Pan mnie wzywa, abym jutro przeszedł do Ojca. Bo jak nie godzi się zadawać sobie śmierci, ale każdemu wyznacza ją Bóg, tak samo nie wypada, aby chrześcijanin, a zwłaszcza prawdziwy zakonnik, bał się śmierci, skoro przecież kiedyś umrzeć musi. Radujcie się raczej, bracia, i winszujcie mi, bo dla mnie żyć — jest Chrystus, a śmierć — to zysk. Pragnę już być rozwiązanym i złączyć się z Chrystusem. Uspokójcie się, bracia, bo po zrzuceniu ciężaru tego ciała będę wam pomagał nie mniej, niż to czyniłem w tym życiu nieszczęsnym, kiedy wraz z wami dźwigałem obraz tej śmierci”.

Odchodząc z tego świata, nie sporządził błogosławiony Jacek żadnego testamentu, bo nie miał niczego, czym mógłby rozporządzić. „Pozostawiam wam — powiedział — zbawienne napomnienie ojca naszego Dominika, które słyszałem z ust ojca naszego. Zachowujcie je w całości: «Bądźcie łagodni, miłujcie się nawzajem, posiądźcie dobrowolne ubóstwo. To jest testament wiecznego dziedzictwa»”.

Po czym wobec modlących się braci i płaczącego ludu, w dzień Wniebowzięcia Chwalebnej Dziewicy Maryi, około godziny dziewiątej, dopełniwszy kanoniczne godziny służby Bożej, wypowiadając ze łzami słowa Psalmu: „Tobie, Panie, zaufałem” oraz: „W ręce Twoje, Panie, powierzam ducha mojego” — odszedł z tego świata do Chrystusa i oddał swą szczęśliwą duszę w ręce świętych aniołów, którzy mu się częstokroć, kiedy jeszcze przebywał w śmiertelnym ciele, objawiali.

Odszedł z tego świata w Roku Pańskim 1257, wypełniwszy święte dni swego życia. Żył lat siedemdziesiąt jeden, urodził się w roku 1186, do zakonu wstąpił w roku 1220, umarł w roku 1257. Ciało jego, przeczyste świętością i dziewictwem, zostało pogrzebane uroczyście w konwencie Zakonu Kaznodziejskiego. Pogrzeb zaś prowadził czcigodny biskup krakowski, Jan Prandota, jego krewny.

O widzeniu bł. Bronisławy

W dzień śmierci świętego męża Jacka szlachetna dziewica Bronisława, która w klasztorze sióstr na Zwierzyńcu obok Krakowa z niezmierną pobożnością i oddaniem służyła Bogu ponad czterdzieści lat, modląc się w ową uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Dziewicy Maryi i z całego serca oddając się kontemplacji tego, co niebieskie, została wzniesiona ponad siebie i zmorzona twardym snem. Bóg objawił jej wówczas następujące widzenie:

Zobaczyła, że na kościół Braci Kaznodziejów w Krakowie zstępuje z nieba ogrom światła. Dach kościoła pełen był słodko śpiewających aniołów, za którymi zdążała wspanialsza niż słońce, lśniąca blaskiem wszystkich drogich kamieni Dziewica Matka Boga, jaśniejąca niezmierzonym światłem. Towarzyszył Jej wspaniały chór dziewic. Trzymała za lewą rękę i prowadziła męża o jaśniejącym obliczu, w świetlanej i lśniącej szacie, brata z Zakonu Głosicieli słowa Bożego.

Zdumiona Bronisława, bo nigdy podobnego światła nie widziała, zebrała się na odwagę i zwróciła się do Dziewicy, która była piękniejsza ponad wszystkich: „Błagam Cię, Pani, powiedz mi, kim jesteś i co za brata — jesteś przecież Dziewicą — ze sobą prowadzisz”. Na to najwspanialsza Matka Boga: „Nie dziw się, córko, że zstąpiłam na te śmiertelne drogi. Ja jestem Matką Miłosierdzia, a ten, którego widzisz, to brat Jacek z Zakonu Kaznodziejskiego. Był Mi niezwykle oddany, dlatego w tym świątecznym i uroczystym pochodzie prowadzę go do królestwa chwały i do wiekuistej łożnicy”.

Powiedziawszy to, Dziewica Matka Boga, Rodzicielka samego Miłosierdzia, zaczęła niezmiernie słodko śpiewać: „Pójdę na górę, gdzie rośnie mirra, i na pagórki Libanu”. Cały orszak duchów anielskich, prowadząc św. Jacka wśród słodkich śpiewów i blasku nadziemskiego światła, zaczął powoli znikać jej z oczu i wchodzić do ojczyzny…

 

O skruszonej dzieciobójczyni i cudownym wskrzeszeniu niemowlęcia

O skruszonej dzieciobójczyni
i cudownym wskrzeszeniu niemowlęcia

W wiosce pewnej w ziemi krakowskiej zbliżał się połóg pewnej niewiasty, a niechętny jej mąż coraz gorzej się z nią obchodził. Kiedy urodziła dziecko, w kobiecym odwecie zaczęła je głodzić, tak że szybko uległo wycieńczeniu i zmorzone głodem umarło. Wówczas ta sama niewiasta, matka dziecka, zobaczywszy, jakiego dopuściła się okrucieństwa, żalem zdjęta, zaczęła się niezmiernie smucić i żeby przebłagać Boga za zbrodnię dzieciobójstwa, błagała nieustannie różnych świętych o wstawiennictwo, a zwłaszcza św. Andrzeja Apostoła, w którego święto dopuściła się tak wielkiego przestępstwa.

Otóż zdarzyło się, że przed snem zanosiła modlitwę przebłagalną przed św. Andrzejem; a kiedy zasnęła, ujrzała we śnie czcigodną osobę trzymającą krzyż (tak jak to zazwyczaj maluje się wizerunek św. Andrzeja), która jej powiada: „Nie smuć się, niewiasto. Oto przyszedłem, ponieważ tyle razy mnie wzywałaś. Zaprawdę, jeśli chcesz, aby twoje dziecko, które okrutnie zabiłaś, odzyskało zniszczone życie, udaj się do św. Jacka wyznawcy, a ustąpi twoim pragnieniom, by dziecko zostało wskrzeszone”. Na to kobieta: „Gdzie jest ten św. Jacek?” Odpowiedział: „W Krakowie, w kościele Najświętszej Trójcy”. Co powiedziawszy, zniknął.

Kobieta zaś, pocieszona obietnicą, przebudziła się i upadłszy na kolana, złożyła ślub św. Jackowi i cała się pokornie poleciła jego modlitwom. Kiedy to uczyniła, oto dziecko, które było zabite i zmorzone głodem, odzyskało duszę i zdrowie. Po paru latach przyprowadziła je żywe do grobu św. Jacka, wypełniła ślub i zaświadczywszy o cudzie na chwałę Bożą i cześć świętego, wróciła do siebie.

ilustracje to fotografie kwater ikony św. Jacka
z kościoła dominikanów w Rzeszowie