Naczelna idea inkwizycji wydawała się zbożna. Inkwizytorzy mieli być psami, które bronią Bożej owczarni przed wilkami.

Czy nie należy bronić bezbronnych tylko dlatego, że krzywda jest zadawana duszy, a nie ciału? Czy należy spokojnie godzić się na rozprzestrzenianie poglądów, które niosą krzywdę i nieszczęście, głoszą nienawiść i kłamstwo? Czyżby na przykład zakaz głoszenia poglądów nazistowskich, obowiązujący w wielu państwach współczesnych, był kompletnym nieporozumieniem? Ale z drugiej strony: czy represja stosowana przeciw błędowi jest naprawdę sojuszniczką prawdy? Czy nie za prosty ten podział ludzi na posiadaczy prawdy i jej niszczycieli?

Św. Piotr z Werony był inkwizytorem, a więc postawmy pytanie dla nas dzisiaj niezmiernie ważne: czy jako inkwizytor Piotr nie krzywdził ludzi? Zdecydowanie tego wykluczyć nie można, gdyż każdy – jak wiadomo – jest dzieckiem swojego czasu, a w statycznym społeczeństwie średniowiecznym w inkwizycji widziano przede wszystkim instytucję broniącą przed mącicielami. Wszakże ważkie argumenty psychologiczne przemawiają za tym, że Piotr jest wolny od tych zarzutów, które zwykliśmy wytaczać przeciw inkwizycji. Mianowicie Piotr miał niezwykły dar przekonywania heretyków – w jego żywocie mówi się o tym niemal nieustannie. Toteż jest rzeczą psychologicznie trudną do przyjęcia, żeby jednocześnie przywiązywał wagę do argumentów policyjnych. Rzecz charakterystyczna, że w żywocie ten aspekt pominięto prawie zupełnym milczeniem, mówi się natomiast o licznych dysputach z heretykami w zwyczajnych sytuacjach duszpasterskich.

 
Namawiał go ze wszystkich sił, aby Piotrusia zabrał ze szkoły

Jego pierwsze „Wierzę w Boga”

Pewnego razu – miał wtedy siedem lat – stryj jego, heretyk, przez którego szatan niejednego już usidlił, zapytał go, czego się w szkole nauczył. Odpowiedział, że poznał wyznanie wiary, i wyrecytował: „Wierzę w Boga, Ojca wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi” – aż do końca.

Stryj próbował przekonać chłopca, że jest złym bojownikiem, i odwieść go od tego wyznania. Dowodził, że nie Boga, ale diabła należy uznać za stwórcę rzeczy widzialnych. Przytaczał argumenty na poparcie tego błędu, sam bowiem był obrońcą i głosicielem takiej niewiary. Nie przekonał jednak chłopca, który wytrwale twierdził, że chce tak wierzyć i wyznawać, jak czytał i jak jest napisane.

Wówczas ten zwodziciel dusz rzecz rozważył i o wszystkim doniósł ojcu. Namawiał go ze wszystkich sił, aby Piotrusia zabrał ze szkoły. „Boję się – powiada – aby Piotruś, kiedy zdobędzie wykształcenie, nie zwrócił się do tej nierządnicy, Kościoła rzymskiego, i nie niszczył naszej wiary”. Mówił zaś to nie sam z siebie, ale jak Kajfasz prorokował, choć nie zdawał sobie z tego sprawy, że błogosławiony Piotr będzie zwalczał heretycką niewiarę.

Ponieważ jednak nikt nie może sprzeciwić się zamysłom Pana, ojciec nie usłuchał swego brata. Miał nadzieję, że kiedy syn podrośnie, jakiś wybitniejszy heretyk potrafi go przyciągnąć do ich sekty.

Pan wyniósł go na świecznik kaznodziejstwa

Już od młodych lat Piotr pragnął męczeństwa, toteż często i gorąco modlił się do Pana, aby nie pozwolił mu inaczej zejść z tego świata, jak przez wypicie dla Niego kielicha męki. I nie zawiódł się w tym pragnieniu.

Pan postanowił nie ukrywać pod korcem pochodni, która tak ofiarnie płonęła, ale na krótki czas wyniósł ją na świecznik kaznodziejstwa. Piotrowi powierzono głoszenie słowa Bożego. Dzięki mocy Bożej, której towarzyszyło osobiste studium, został kaznodzieją powszechnym. Jeśli zaś gdzieś poniósł, jak drugi Gedeon, trąbę przepowiadania i zatrąbił jej chwalebnym dźwiękiem, słyszano ją w całej okolicy i budziła ona zarówno wrogów, jak wiernych. Rozlegał się jej głos po całej ziemi Lombardii, w Rzymie, Toskanii, w okolicach Rzymu i hrabstwie Ankony. Czy są tam jakieś miasta albo osiedla, których by Piotr nie budził swoim wołaniem? Czy jest tam jakaś ludność, której by nie nawoływał do skruchy?

Na całe tamte ziemie rozeszła się woń jego świętości, dla jednych była to woń życia, dla innych woń śmierci. Wszędzie go szanowano, wszędzie był sławny. Ci, którzy mieli uszy, żeby słyszeć, błogosławili go; ci, którzy mieli oczy, żeby widzieć, dawali świadectwo o jego świętych czynach, o wielkiej jego wierze i o zwycięstwach nad błędem. O jego zaś owocowaniu dla zbawienia dusz wie tylko Ten, który zna liczbę gwiazd i przed którym nic nie jest ukryte ani zamknięte.

Jeśli bowiem szczęśliwy jest ten, który od samej młodości nosi jarzmo Pańskie, to o ileż szczęśliwszy był Piotr, który jak młodziutki Beniamin zapalił się do świętości i dziewictwa, spędził w zakonnej wspólnocie prawie trzydzieści lat, a cały czas i kolejne dni swego życia wytrwale służył Bogu, w końcu zaś poniósł chwalebną mękę. Aby zaś wypełnić swoje dni, również po nocach nie próżnował, lecz ciszę nocną, przeznaczoną na odpoczynek, zażywszy nieco snu, spędzał na studiowaniu, modlitwie i błaganiach. Dni zaś poświęcał dobru dusz: codziennie głosił żarliwe kazania, słuchał spowiedzi albo zwalczał za pomocą logicznych argumentów śmiercionośny dogmat heretycki.

 
Jak heretycki podstęp obrócił się na szkodę herezji i dobro heretyka

Jak heretycki podstęp obrócił się
na szkodę herezji i dobro heretyka

Żarliwy o wiarę i prawdę, błogosławiony Piotr zawstydzał w dysputach heretyków, a przez czynione cuda jaśniał mocą Chrystusa. Otóż pewien heretyk z Mediolanu zapłonął niegodziwością i wezwawszy licznych heretyków, powiada im: „Ten głupi naród okazuje tyle czci bratu Piotrowi z Werony, a uwielbia go między innymi dlatego, że ten czyni cuda. Mam pomysł skompromitowania go. Pokażemy, że jego cuda są fałszywe. Wówczas lud, który rozsławia go za czynienie cudów, zostanie zawstydzony. Choć jestem zdrów jak ryba, udam ciężką chorobę i będę go błagał, aby mi przywrócił zdrowie. On mnie przeżegna i dotknie, a ja udam uzdrowionego. Kiedy zaś wieść o cudzie będzie na ustach całego ludu, wówczas ja ogłoszę, że w ogóle nie byłem chory, wy zaś zaświadczycie o tym pod przysięgą. W ten sposób nikt już nie będzie wierzył w jego cuda”.

Spodobała się tamtym niegodziwa mowa i postanowili podstępem zwyciężyć błogosławionego Piotra, bo nie potrafili mu sprostać w dysputach. Przyszedł więc ów heretyk do kościoła Braci Głosicieli w Mediolanie, podpierając się laską, tak jakby nie mógł ustać o własnych siłach. Słabym i chytrym głosem powiada błogosławionemu Piotrowi: „Święty ojcze, jestem niebezpiecznie i ciężko chory, a lekarze nie potrafią mi pomóc. Dotknij mnie, proszę, swoją ręką, a mocą twych zasług otrzymam dar zdrowia”.

Na to mąż Boży, oświecony łaską Ducha Świętego, powiada: „Proszę Pana mojego, Jezusa Chrystusa, aby jeśli jesteś chory, przywrócił ci zdrowie, jeśli zaś podstępnie udajesz chorobę, aby dla zdrowia duszy nawiedził chorobą twoje ciało”. Zaledwie wypowiedział te słowa, jak tamtego chwyciła bardzo wielka gorączka, tak że nie mógł się utrzymać na nogach i trzeba go było odnieść do domu. Wezwani lekarze nie mogli mu nic pomóc i orzekli, że wkrótce umrze.

Dopiero udręka obdarzyła go zrozumieniem. Z nieudawaną pobożnością poprosił, żeby błogosławiony Piotr przyszedł do niego. Wyjawił mu winę swojej niegodziwości, wyznał z pokorą swój grzech, wyrzekł się herezji i od razu — przez modlitwę i zasługi błogosławionego Piotra – został uwolniony z choroby duszy i ciała. Wszystko więc skończyło się zawstydzeniem heretyków, a niegodziwość okłamała tych, którzy próbowali zawstydzić męża Bożego.

Jak zwyciężył heretyka
nie argumentami, lecz modlitwą

Kiedyś spotkał się Piotr z jednym z przywódców herezji, który był znany ze złośliwego i ciętego języka. Ten wezwał go do walki w dyspucie na otwartym polu. Piotr nie mógł się wymówić, aby obecni przy tym ludzie nie sądzili, że się jej boi albo że mógłby jej nie sprostać. Heretyk zaczął więc wyciągać dość wyszukane argumenty, aby udowodnić słuszność swojej niewiary.

Wówczas błogosławiony Piotr, ponieważ dysputa spadła na niego nieoczekiwanie, poprosił o chwilę czasu na odpowiedź. Zgodzono się na to. Święty wszedł do pobliskiego kościoła i żarliwie modlił się, płacząc przed ołtarzem Błogosławionej Dziewicy, aby Ona sama zatroszczyła się o obronę prawdziwej wiary. Na zewnątrz zaś wszyscy czekali. Ponieważ ogarniała go niepewność, tym żarliwiej się modlił, aż wszystkie wahania ustąpiły i poczuł się mocny w wierze. Usłyszał wtedy głos wychodzący z obrazu Błogosławionej Dziewicy: „Prosiłam za tobą, Piotrze, aby nie ustała wiara twoja”.

Tak wzmocniony wyszedł do heretyka i poprosił go o dalsze wyjaśnienie jego argumentów. Ten zaś mocą Bożą stał się niemy, tak że nawet jednego słowa nie mógł wypowiedzieć. W ten sposób zawstydzony odszedł.

 
Jego ostatnie „Wierzę w Boga”

Jego ostatnie „Wierzę w Boga”

W Niedzielę Palmową, na czternaście dni przed swoim męczeństwem, głosił kazanie w Mediolanie, a słuchał go wielki tłum ludzi. Wiedział, że heretycy postanowili jego śmierć i wyznaczyli na to pieniądze. „Niech czynią – powiada – co zamierzyli, ja więcej zdziałam przeciw nim po śmierci niż za życia…”

W Białą Sobotę zapaśnik Chrystusa wyszedł ze swojego klasztoru na walkę do Mediolanu. W środku drogi, kiedy przechodził przez gęsty las, wypadł z lewej strony morderca Karyn, heretyk i okrutny przyjaciel heretyków, którzy go namówili do tego swą prośbą i sumą czterdziestu talarów. Napadł zbój na świętego męża, który kroczył drogą zbawienia, wilk na baranka, dziki na łagodnego, bezbożny na pobożnego, wściekły na spokojnego, niepohamowany na skromnego, bezecny na sprawiedliwego. Z kapłana czyni ofiarę, uderza zbrodniczym ostrzem w świętą głowę i poi swój miecz krwią sprawiedliwego, a rany, jakie zadaje, pobudzają go do jeszcze większego gniewu. Ten nie ucieka przed wrogiem, ale bez reszty oddaje się na ofiarę i przyjmuje w cierpliwości mordercze rany.

Półżywy, leżał na miejscu męki. Morderca zostawił go i zwrócił się do brata Dominika, jego towarzysza, wołającego głośno o ratunek; zadał mu cztery śmiertelne rany. W tym czasie święty mąż powierza swojego ducha Panu: „W ręce Twoje, Panie, oddaję ducha mego”. Nawet w obliczu śmierci nie przestaje głosić wiary i nie zapomina wyznać tego samego symbolu wiary, którego nie wyparł się jako chłopiec, pomimo nalegań stryja. Zeznał to sam zabójca, któremu nie udało się uciec (wołanie bowiem brata Dominika ściągnęło wiernych), oraz brat Dominik, który żył jeszcze przez kilka dni.

Ponieważ świadek Pana drgał jeszcze, okrutny najemnik chwycił sztylet i przebił bok wyznającego wiarę, dopełniając w ten sposób błogosławionego męczeństwa. Tak zakończyła się pielgrzymka jego siedemdziesiątnicy, dziewiczy męczennik wybielił swoją szatę w Białą Sobotę i z soboty doczesnej przeszedł do szabatu wiekuistego.