Trudno dziś sobie wyobrazić tragedię, jaką przeżyły dwa kolejne pokolenia Polaków na skutek najazdów tatarskich w roku 1241 i 1260.

Średniowieczna Europa była wprawdzie przywykła do wojen, pożarów i przelewania krwi, ale nie znała dotychczas przeciwników, którzy nie zachowują żadnych reguł, o których było tylko tyle wiadomo, że zabijają i niszczą wszystko i że w ogóle nie można się z nimi dogadać.

Bohaterstwo tamtych czasów było szczególnie trudne i szczególnie zwyczajne. W momencie bowiem, kiedy okazało się, że rycerstwo nie jest w stanie obronić ludności przed wrogiem, nie było już szans na ocalenie, śmierć albo niewola były praktycznie czymś nieuniknionym. Chodziło właściwie tylko o to, żeby z duchową wolnością stanąć wobec faktu, że musi się umrzeć z ręki wroga, żeby tę śmierć przeżyć jako coś jednak więcej niż samo tylko gwałtowne zakończenie życia. Tak niewiele, a tak dużo i tak niełatwo.

Właśnie za tę wolność w obliczu nieuniknionego Polacy ówcześni otoczyli szczególną czcią pamięć dominikanów sandomierskich, którzy zginęli podczas straszliwej rzezi tego miasta w roku 1260.

W poniższej legendzie o śmierci bł. Sadoka i jego zakonnych współbraci bardzo podkreślono prawdę, że męczeństwo jest wezwaniem i darem Bożym. Taki jest sens wydarzenia, które miało miejsce podczas wspólnej modlitwy w noc poprzedzającą męczeństwo. Nie pytajmy, czy tak było naprawdę, czy też są to szczegóły jedynie symboliczne. Te pytania są w tym wypadku mało ważne. Ważna jest tu prawda, że cokolwiek by człowieka spotkało, wolą Bożą jest, aby właśnie te wydarzenia zbliżyły nas do Boga, który jest naszym Ojcem.

 
Potyczka z Tatarami - Maksymilian Gierymski

Maksymilian Gierymski: Potyczka z Tatarami

Męczennicy sandomierscy

W noc poprzedzającą rzeź klasztoru błogosławiony przeor Sadok, otoczony pobożną gromadką braci, przebywał w kościele św. Jakuba w Sandomierzu, aby odśpiewać Jutrznię. Zgodnie z pradawnym zwyczajem zakonnym brat nowicjusz przystąpił do odczytania listy męczenników, jaka przypadała na następny dzień. Nagle widzi wypisane złotymi okrągłymi zgłoskami takie oto słowa: „W Sandomierzu męczeństwo czterdziestu dziewięciu męczenników”. Ogarnęła go wątpliwość: przeczytać czy pominąć milczeniem? Odrzucił wszakże lęk i dźwięcznym, choć drżącym głosem odśpiewał złotą zapowiedź.

Zdumiał się Sadok niesłychanym czytaniem, a pozostali bracia zesztywnieli, słysząc wyjąkaną, niemogącą wyjść z gardła, ale przecież zrozumiałą zapowiedź nowicjusza. Przeor pragnie zobaczyć czytanie, tak samo pozostali, niezmiernie przestraszeni zakonnicy. Nowicjusz podaje księgę, wszakże złote litery, które mówiły o Sandomierzu, zniknęły.

Powiada Sadok: „Bracia, to jest przestroga od Boga! Z nieba został zesłany ten napis i nie na próżno zauważyły go oczy niewinnego chłopca. Nie w powietrze wypowiedziało te słowa jąkające się dziecko, lecz abyśmy je usłyszeli. To Pan życia i śmierci zaprasza nas do nieśmiertelności! Chodźmy więc bez wahania za Tym, który nas wzywa, choćby przez obosieczne miecze! Cóż z tego, że Tatar zabierze nam życie? Jakie życie? Przemijające, narażone na upadki, pełne różnorakich niebezpieczeństw. Że zada nam okrutną śmierć? Ale przecież wśród fal tego świata ona jest dla nas portem, do którego trzeba zmierzać wszystkimi żaglami. Ona otwiera nam drogę do chwały życia wiecznego.

Niech każdy zajmie się teraz swoją duszą, bracia, a jeśli jakieś wady do was przylgnęły, wyrzućcie je i przebłagajcie świętą pokutą. Wzmocnijcie ducha najsłodszym Wiatykiem, bo już wkrótce wejdziemy do niebieskiego Królestwa, w którym nas czeka szczęście bez granic. Zostaliście przyozdobieni obietnicą wiecznej chwały, niech więc wasze piersi będą gotowe na wszelkie razy, a wasze szyje na strzały.

Trzeba nam umrzeć. Uczyńmy to ochoczo. Za te święte ołtarze, ze te obrazy Chrystusa i Najświętszej Bogurodzicy, za tę bezkrwawą żywą Ofiarę — przez cierpliwość okażmy nasze męstwo!”

Bracia, ożywieni zapowiedzią z nieba, cały czas, jaki im pozostał, poświęcili przygotowaniom na przyjście wielkiego Boga. Wzdychali z głębi serca: „Ach, kiedy nadejdzie ta upragniona godzina, aby nas zabrać z ziemi i oddać niebu? Szczęśliwi jesteśmy i słodkie te miecze, które nas zaniosą do wspólnoty duchów błogosławionych. Najsłodszy Jezu oraz słodka Nadziejo wzdychających, Maryjo, kiedyż się to stanie? Pozabijają nas czy może pozostawią bez szkody? Biada nam, bo nasze przebywanie na tej ziemi się przedłuża”.

Zaświeciło im wreszcie upragnione słońce i nadszedł dzień, w którym miały się rozwiązać ziemskie więzy, aby mogli opuścić ten padół. Okrutni Scytowie przeprawili się przez Wisłę i zaczęli pustoszyć Sandomierz. Część ich — a byli to wyjątkowi okrutnicy — wpadła do kościoła św. Jakuba. Krwawe te bestie zastają pasterza Sadoka wraz z pobożną owczarnią braci na środku kościoła, jak Matce Miłosierdzia śpiewali słodko na swój zgon pieśń „Witaj, Królowo”. Z barbarzyńskim okrucieństwem pozabijali wszystkich, bez żadnej różnicy.

Przerwaną przez śmierć pieśń do Bogurodzicy Dziewicy śpiewają dalej, idąc do nieba, a ich głosy zlewają się z sobą tak słodko, że głosy śmiertelników nigdy nie potrafiłyby tak zaśpiewać. Słysząc to, jeden brat, który się ukrył na strychu kościoła, natychmiast zeskoczył, oddał się na zabicie mieczem okrutnych Scytów i przyłączył do braci idących do nieba, którzy śpiewali Twoją pieśń, o Najświętsza Dziewico!