Ferreriusz znalazł się w samym środku wielkiej schizmy, jaka ogarnęła Kościół na przełomie wieków XIV i XV.

Sam znak jedności Kościoła, Stolica Piotra, uległ wówczas rozdwojeniu; Wincenty zaś zdecydowanie opowiedział się po stronie kolejnych antypapieży, Klemensa VIII i Benedykta XIII, a nawet został spowiednikiem tego ostatniego. Nie on jeden był wówczas zdezorientowany. Zresztą chyba od początku świata ciągle się to zdarza, że ludzie najlepszej woli służą niekiedy nienajlepszej sprawie.

Ale sam Bóg troszczy się o to, żeby ludzi dobrej woli wyprowadzić z niedobrych służb, w jakie się zaangażowali. Wincenty rychło zrozumiał, że tak gorszące rozdarcie wśród pasterzy Kościoła ma wprawdzie różne przyczyny, ale najgłębsza przyczyna jest prosta: nie byłoby tego całego zgorszenia, gdyby cały lud Boży był bliżej Chrystusa, gdyby szatan miał mniej przystępu do wiernych Chrystusa.

I tak oto Wincenty stał się jednym z największych wędrownych kaznodziejów w historii Kościoła. Jego wędrówka misyjna, którą rozpoczął w roku 1399, objęła niemal całą Hiszpanię, Francję i północne Włochy, a trwała prawie bez przerwy przez dwadzieścia lat, aż do jego śmierci.

 
Zwiastuj ludom zbliżający się sąd ostateczny

Zwiastuj ludom zbliżający się sąd ostateczny

Wobec wielkiego rozdarcia Kościoła błogosławiony Wincenty często się nad tym zastanawiał i przemyśliwał, co w tych trudnych okolicznościach powinien uczynić. Nieoczekiwanie popadł w wielką gorączkę. Po dwunastu dniach stan jego był tak ciężki, że wszyscy spodziewali się jego śmierci.

Wówczas ukazał mu się Jezus Chrystus, w blaskach cudownej jasności, otoczony chórami aniołów, którym towarzyszyli święci ojcowie Dominik i Franciszek. Zbawiciel dodał mu otuchy, a oglądanie Go napełniło Wincentego niewysłowioną radością.

Wiele powiedział Wincentemu, aż wreszcie tak przemówił: „Bądź dzielny, mój sługo, i odrzuć wszelką bojaźń. Tyle razy czyniłem cię mocnym w różnych pokusach i trudnościach, wyrywałem cię z rozmaitych zasadzek ludzi i demonów. Również dalej będę to czynił, a łaska moja będzie ci towarzyszyła aż do końca. Teraz zaś uwolnię cię z tej choroby ciała oraz z duchowej udręki. Wkrótce bowiem pokój zostanie Kościołowi przywrócony.

Ty zaś, jak tylko wrócisz do zdrowia, porzuć dwór Benedykta: wybrałem cię bowiem na szczególnego głosiciela Ewangelii i chcę, abyś w pokorze i ubóstwie przebiegł wszystkie ziemie Francji i Hiszpanii, głosząc Ewangelię. Kiedy zaś twoje słowa i czyny przyniosą obfity owoc, umrzesz szczęśliwie na krańcach ziemi. Przede wszystkim zaś zwiastuj ludom, że niedługo nadejdzie sąd ostateczny, i odważnie karć ich grzechy.

I chociaż dużo wycierpisz od niedobrych ludzi, nie obawiaj się, bo zawsze będę z tobą: wyprowadzę cię ze wszystkich niebezpieczeństw i za nic będziesz sobie poczytywał zasadzki nieprzyjaciół. Idź, Ja oczekuję cię, zanim jeszcze nadejdzie koniec świata”. To powiedziawszy, lekko pogładził Wincentemu policzki, jakby na znak szczególnej zażyłości.

Charakterystyka jego kazań

Jak skuteczne było jego kaznodziejstwo, świadczą liczni chrześcijanie obojga płci i rozmaitych stanów, których skłonił do pokuty, oraz tysiące Żydów i Saracenów, których nawrócił. Albowiem przyprowadził do zbawiennej pokuty ponad sto tysięcy chrześcijan, którzy tak byli zatwardziali w jawnych grzechach, że wszyscy uważali ich już za straconych.

Wincenty bowiem był straszny w wypominaniu wad i bardzo często zdarzało się, że wielcy grzesznicy tak się kruszyli pod jego słowami, iż wobec tłumu padali na ziemię i porzuciwszy wszelki wstyd, wyznawali swoje wielkie i okropne grzechy, błagając ze łzami o Boże miłosierdzie.

I choć był tak straszny dla grzeszników, przecież swoje groźby łagodził taką dobrocią, że kto go raz słyszał, w przedziwny sposób czuł się pociągnięty, aby przychodzić na następne jego kazania. Rzadko się zdarzało, żeby słuchacze podczas jego przemówień nie płakali. Kiedy mówił o nadchodzącym sądzie albo o męce Chrystusa lub o karze potępienia, zawsze taki płacz ogarniał ludzi, że kaznodzieja musiał na dłuższą chwilę zamilknąć, dopóki się nie uspokoją.

Wyjaśniając Pismo Święte, mówił jasno i bardzo treściwie. Ilekroć uczył albo pocieszał, albo karcił grzechy, zawsze potwierdzał to świadectwem Pisma i świętych mężów i jakby wyciskał w przedziwny sposób głoszoną prawdę na duszach słuchaczy. A tak wiele było w jego kazaniach cytatów i przykładów z Pisma Świętego, że wydawało się, iż zna na pamięć całe Pismo oraz wyjaśnienia pisane na temat poszczególnych ksiąg przez świętych mężów.

Żeby zaś nie przepadły skarby, jakie wychodziły z ust tego męża, Bóg natchnął niektórych z jego słuchaczy do spisywania tych kazań. Powstało w ten sposób wiele tomów, niektóre z nich do dziś są czytane w wielu miastach i współcześni kaznodzieje wiele z nich korzystają. Ci jednak, którzy słuchali kazań Wincentego, twierdzą, że teksty te zawierają ledwie cień tego, o czym było jego żywe słowo.

 
Szczególnie mili goście

Szczególnie mili goście

Kiedy tłum zebrał się, aby słuchać kazania, Wincenty wszedł na swoje podwyższenie, ale nie zaczynał kazania, jak to przedtem zwykł czynić. Oczekujący lud dziwił się wielce i nie mógł się domyślić, co znaczy ta niezwykła zwłoka. On zaś, wyjaśniając, o co chodzi, powiada: „Nie dziwcie się. Przyczyna mego milczenia jest następująca: oczekuję łaski Bożej, jaka niedługo zostanie nam dana z nieba. Wkrótce przybiegną na to kazanie ludzie, których przybycie ucieszy szczególnie nas wszystkich. Okażcie im dużo życzliwości i przygotujcie im miejsca, aby czekały na nich, kiedy nadejdą”.

Ledwo skończył te słowa, a oto przychodzi cała synagoga Żydów, aby słuchać jego kazania. Wszyscy przyjęli ich z najwyższą radością i mimo wielkiego tłumu znalazło się dla nich dość przyzwoitego miejsca. Natomiast mąż Boży, zanim zaczął kazanie, zapytał Żydów wobec całego tłumu, kto ich przysłał na to kazanie. Odpowiedzieli mu, że nikt, że z własnej woli postanowili tutaj przyjść, jakby natchnieni przez Boga. Święty głosiciel Boga zaczął więc mówić, a na usta jego spłynęło tak wiele łaski, że duża część owych Żydów zwróciła się ku wierze katolickiej.

„Martwię się o zbawienie mojej duszy,
nie o pogrzeb ciała”

Ojcowie miasta Vannes chcieli zapobiec kłótniom, jakich się spodziewali co do pogrzebu świętego ciała, gdyż w mieście tym nie było klasztoru dominikanów. Przyszli więc do niego i zapytali go, gdzie chciałby być pochowany. On odpowiedział: „Jestem zakonnikiem, ubogim sługą Chrystusa. Toteż martwię się o zbawienie mojej duszy, nie o pogrzeb ciała. Żeby jednak po mojej śmierci zapewnić wam pokój, tak jak przynosiłem go wam za życia, pozwólcie zadecydować o moim pogrzebie przeorowi najbliższego klasztoru mojego zakonu”.

Święta śmierć Wincentego

Po upływie dziewięciu dni prosił, żeby mu czytać z poszczególnych Ewangelii Mękę Chrystusową. Potem chciał, aby mu czytano siedem psalmów pokutnych. Zresztą psalmy te, jak i cały Psałterz, odmawiał, dopóki mu sił starczyło. W końcu czytano mu „Litanię do Wszystkich Świętych”. Skoro tylko ją ukończono, ogarnęła go całego bez reszty pogoda i radość, złożył ręce, wzniósł je do góry i zwróciwszy oczy ku niebu, powędrował do nieba.

W tym samym momencie przyfrunęło tam, gdzie spoczywał, całe mnóstwo cudownych, śnieżnobiałych motyli. Latały tam, dopóki dusza nie opuściła ciała; kiedy zaś ciało zastygło, odfrunęły. Sądzimy, że na pewno byli to aniołowie: objawili się w takiej postaci, aby odprowadzić tę szczęśliwą duszę do miasta niebieskiego, do społeczności przechwalebnych obywateli nieba. Tejże godziny przedziwna i przemiła woń zaczęła rozlewać się z jego ciała.