Szkoda, że św. Zdzisława jest u nas tak mało znana. Zasługiwałaby na większą popularność, choćby ze względu na naszych sąsiadów z południa, gdyż w Kościele czeskim pamięć o niej jest do dziś niezmiernie żywa.

W Czechach czci się ją jako patronkę młodych żon i matek. Zdzisława bowiem zeszła z tego świata, mając niespełna trzydzieści lat, jako matka czworga dzieci. Jej małżeństwo było jednak nietypowe. Droga małżeńska, jaką przyszło jej w życiu przejść, była zgoła odwrotnością tej drogi, którą kroczy wiele małżeństw współczesnych.

Było to małżeństwo niechciane, narzucone przez rodziców, nie było to małżeństwo z miłości. Zdzisława potrafiła jedna zaakceptować swój los, i to nie w sposób bierny, fatalistyczny. Poniższe legendy przedstawiają nam ją jako osobę z wielkim temperamentem, wcale nie zawsze i nie we wszystkim skłonną do ustępstw. Z uporem realizuje ona w małżeństwie wszystkie te cele, dla których pierwotnie chciała zrezygnować z małżeństwa. Poddanie się losowi nie było dla Zdzisławy rezygnacją z tego, żeby być i pozostać sobą.

Jako żona była partnerką trudną, ale właśnie w tym się objawia jej szczególna świętość, że te wielkie cele, które nierzadko realizowała wbrew mężowi, nie tylko nie rozbijały ich małżeństwa, lecz wręcz przeciwnie: małżeństwo, które zaczęło się bez miłości, w chwili śmierci Zdzisławy było już związkiem wielkiej, dojrzałej miłości.

 
Nie było to małżeństwo z miłości

Nie było to małżeństwo z miłości

Mając siedem lat, Zdzisława uciekła z domu i w tajemnicy przed wszystkimi znalazła sobie miejsce samotne (w okolicach Jabłonny nie brakowało wówczas takich miejsc), aby tam bez przeszkód służyć Jezusowi, ukochanemu oblubieńcowi swojej duszy.

Trudno opisać ból i rozpacz jej szlachetnych rodziców, kiedy dowiedzieli się od zapłakanych domowników o niespodziewanej ucieczce ukochanej córeczki. Natychmiast — zmartwieni, zatroskani i pełni niepokoju — rozesłali naokoło służbę i gajowych na poszukiwanie małej Zdzisławy. Wszyscy z pośpiechem i oddaniem podporządkowali się temu nakazowi i nie tracąc ani chwili, pracowicie przeszukiwali okoliczne lasy i pustkowia. Wreszcie w ciemnym i gęstym lesie znaleźli to najdroższe dzieciątko. Dziewczynka klęczała i pobożnie się modliła. Wzięli ją i — choć nie obyło się bez sprzeciwów — zaprowadzili do rodzicielskiego zamku.

Kiedy Zdzisławę przyprowadzono do domu, rodzice skarcili ją ostro i surowo za tę niepotrzebną ucieczkę. Zrozumiała wówczas, że Bogu na pewno nie podoba się jej zachowanie, którym sprawiła rodzicom tyle smutku, i że dzieci powinny okazywać rodzicom należne posłuszeństwo. Z całą pokorą przyszła do nich, na kolanach prosząc ich o przebaczenie, i starała im się przymilić. Postanowiła sobie wówczas, że odtąd nie będzie próbowała służyć Bogu wbrew rodzicom. Toteż pustelnię wybudowała sobie w sercu. Bo już święty ojciec Hieronim, doktor Kościoła, dawał takie rady i uczył: „Szczęśliwy, kto ma Betlejem w swoim sercu”.

Osiągnąwszy lata zdolności do świętego stanu małżeńskiego, Zdzisława — choć wolałaby poślubić w wiekuistej czystości swojego Boskiego Ukochanego i za tym tęskniła — wbrew swojej chęci i pragnieniom została wydana za księcia Lemberku, którego zamek leży pół godziny drogi od Jabłonny. Wobec takiego obrotu rzeczy Zdzisława nie tylko nie zaniechała dotychczasowej pobożności, ale tym bardziej się do niej przykładała, gdyż wszedłszy w stan małżeński, tym bardziej jej potrzebowała.

Była zarazem Martą i Marią

Zdzisława dobrze umiała wykorzystać nieobecność męża, który często podróżował, załatwiając ważne sprawy. W takie dni szczególnie oddawała się surowej pokucie, modlitwom, postom i czuwaniom oraz rozdawała jałmużnę ubogim. Całą noc spędzała wówczas przed obrazem Ukrzyżowanego, jaki wisiał w jej sypialni, i biczowała swoje niewinne ciało oraz trwała w rozważaniu spraw Boskich. Krótko mówiąc, była Zdzisława jednocześnie Martą i Marią. Umiała mądrze połączyć życie czynne z kontemplacją, tak że każdy, kto się z nią stykał, czuł się pobudzony do życia prawdziwie chrześcijańskiego i chciał ją naśladować.

Pragnęła zaradzić również biedzie duchowej

Nie odmawiała Zdzisława swojej miłosiernej posługi wędrowcom, którym z miłości Boga i spełniając miłość bliźniego obmywała nogi. Odwiedzała również więźniów. Pocieszała ich, przynosiła im jedzenie i napój — nie tylko dla ciała, ale również dla duszy. Łaskawym i dobrym słowem przyprowadzała ich do Boga, a chrześcijańskim napominaniem skłaniała do prawdziwej pokuty i skruchy za popełnione grzechy.

Wiedziała, jak i w co się stroić

Najbardziej lękała się Zdzisława pychy, toteż unikała bogatych niepotrzebnie szat i wszelkiego światowego zbytku. Lubiła zwykłe proste suknie, a dbała tylko o to, żeby podobać się Bogu, nie światu. Bo niestety taki jest niedobry a powszechny zwyczaj wśród ludzi, że jeden naśladuje drugiego i nikt nie chce dać się prześcignąć drugiemu w ozdobnym ubieraniu się i rozrzutności — chociaż każdy bez trudu może zobaczyć głupotę swojej próżności.

Nic z tego nie było w Zdzisławie, która tylko o tym myślała, jak przyozdobić się pięknymi cnotami. Całą swoją zapobiegliwością dążyła do tego, aby Bogu się podobać, nie ludziom. Toteż każdego dnia stroiła się duchowo coraz piękniej, wiedziała bowiem, że tylko moc duszy jest tym szlachetnym kamieniem i ozdobą, która upiększa i opromienia człowieka przed Bogiem i przed mądrymi ludźmi.

 
Własnoręcznie nosiła kamienie i wapno

Własnoręcznie nosiła kamienie i wapno

Założyła duży klasztor ku czci św. Wawrzyńca i wyposażyła go w niezbędne środki do utrzymania przebywających tam zakonników. Zaprosiła wówczas świętego ojca Jacka, cieszącego się w owym czasie we wszystkich północnych krajach niezwykłą sławą i wybitnego świętością, aby objął uroczyście w posiadanie tę fundację. Nie mógł on jednak przyjść, gdyż był zajęty nauczaniem i głoszeniem słowa Bożego w Polsce i w Prusach. Wysłał wszakże do Zdzisławy bł. Czesława, swojego rodzonego brata, wraz z kilku innymi braćmi swojego Zakonu.

Od Czesława przyjęła ona habit Trzeciego Zakonu świętego ojca Dominika. Często i usilnie prosiła swojego pana i męża, aby jej na to pozwolił, w końcu po wielu jej łzach, błaganiach i prośbach na to się zgodził.

Nie da się opisać, ile wyjątkowej i niezrównanej zapobiegliwości i żaru wykazała Zdzisława podczas budowy nowego kościoła i klasztoru dla Zakonu Głosicieli Słowa Bożego. Ponieważ nie mogła za dnia pomagać przy budowie, więc nocami — mimo wątłego zdrowia i swojego szlachetnego stanu — nosiła na ramionach kamienie, piasek, wapno, drzewo oraz inny budulec, aż wreszcie to święte dzieło zostało doprowadzone do końca i przekazane Zakonowi.

Miłość tych małżonków
okazała się większa od śmierci

Trudno opowiedzieć, ile smutku i bólu, ile zmartwienia i łez spowodowała doczesna śmierć Zdzisławy. Odczuli ją wszyscy i każdy z osobna. Młodzi i starzy, wielcy i mali, bogaci i ubodzy żegnali ją ze łzami. Opłakiwali ją ubodzy bracia z Zakonu Głosicieli Słowa Bożego, gdyż utracili w Zdzisławie wierną matkę, szczególną dobrodziejkę i ukochaną fundatorkę. Opłakiwały ją wdowy i ubogie sieroty, bo utraciły miłosierną żywicielkę. Płakali za nią poddani, bo zabrakło tak łaskawej i litościwej pani.

Najwięcej jednak cierpiał i opłakiwał jej doczesne odejście mąż. W żaden sposób nie dał się pocieszyć w swoim smutku. Ale bo cóż naprawdę się stało? W Księdze Tobiasza czytamy, że kiedy matka młodego Tobiasza zamartwiała się na śmierć i tysiącem łez opłakiwała nieobecność i brak ukochanego syna, a jękom jej nie było końca, wówczas stary Tobiasz tak ją pocieszał: „Uspokój się i nie martw się, bo żyje nasz syn. Przecież człowiek, z którym wysłaliśmy go, jest godny zaufania” (Tb 19, 6).

Podobnie mąż św. Zdzisławy zamartwiał się na śmierć. Wówczas to sama Zdzisława łagodnie pocieszała go i umocniła. Oto niedługo po swoim odejściu z tego nędznego padołu ukazała się cała jaśniejąca, przyodziana w drogocenną czerwoną suknię, i objawiła mu chwałę i szczęśliwość, jaką już otrzymała. Aby łatwiej mu było uwierzyć, zostawiła mu część swojej czerwonej sukni. Pocieszyło go to całkowicie. Długi jeszcze czas żył wraz z rodziną i swoim życiem podobając się Bogu, wytrwał aż do końca.