Św. Alberta Wielkiego można przedstawić krótko: doktor Kościoła, niewątpliwie najbardziej wszechstronny uczony średniowiecza, mistrz św. Tomasza z Akwinu, patron nauk przyrodniczych.

Dzisiaj interesowałyby nas zwłaszcza legendy o Albercie jako przyrodniku i matematyku. Niestety, autorzy legend starali się przede wszystkim wykazywać, że badania przyrodnicze nie muszą świadczyć o pustej ciekawości, bo wszelkie poznawanie prawdy może być służbą Bożą. Najwidoczniej te zainteresowania św. Alberta miały również swoich przeciwników.

Zresztą — jeśli wziąć pod uwagę ogromny rozgłos, jakim cieszył się św. Albert Wielki zarówno za życia, jak po śmierci — legendy o nim nie są w ogóle ubogie w oryginalne i barwne szczegóły. Stosunkowo najlepiej zapamiętały legendy krótki okres jego pasterzowania na stolicy biskupiej w Ratyzbonie — bo i rzeczywiście biskupstwo Alberta było bardzo nietypowe.

Jak łatwo zmarnować zakonne powołanie!

Brat pewien, obecnie niezwykle sławny i w zakonie bardzo szanowany, kiedy jeszcze jako młody chłopak studiował w Padwie, pod wpływem rozmów z braćmi, a zwłaszcza kazań mistrza Jordana, miał ochotę – nieuwieńczoną jednak postanowieniem — wstąpić do zakonu. Wuj, z którym razem mieszkał, sprzeciwiał się temu. Przymusił go do złożenia przysięgi, że do wyznaczonego czasu nie będzie odwiedzał domu braci.

Po upływie tego czasu młodzieniec ów często przychodził do braci i utwierdzał się w postanowieniu. Powstrzymywała go jednak obawa, że może nie wytrwać. Otóż pewnej nocy miał sen, że wstąpił do zakonu i niedługo potem wystąpił. Po przebudzeniu ucieszył się z tego, że to tylko sen, i mówił sobie w duchu: „Okazuje się, że gdybym wstąpił, stałoby się to, czego się obawiałem”.

Zdarzyło się zaś, że tego samego dnia poszedł na kazanie mistrza Jordana, który omawiając pokusy diabelskie, wspomniał między innymi o tym, jak subtelnie zwodzi on niektórych. „Są tacy — mówił — którzy postanawiają opuścić świat i wstąpić do zakonu, lecz diabeł spuszcza na nich wyobrażenia senne, jakoby po wstąpieniu opuścili zakon. We śnie widzą siebie na koniu i w purpurze, samotnie lub w otoczeniu ukochanych osób. To wszystko przedstawia im diabeł, aby wzbudzić w nich obawę przed wstąpieniem, że nie będą w stanie wytrwać, albo — jeśli już wstąpili – aby wtrącić ich w niepokój i przygnębienie”.

Wielce zdumiony młodzieniec przystąpił po kazaniu do niego i pyta: „Mistrzu, kto ci otworzył moje serce?” — i wyjawił mu wszystkie swoje rozterki oraz sen. Mistrz zaś, z otrzymaną od Boga pewnością, umocnił go wielorako przeciwko tej pokusie. Ten zaś całym sercem przyjął te słowa i bezzwłocznie wstąpił do zakonu.

 
Tłumy na wykładach

Tłumy studentów na wykładach mistrza Alberta

Wykłady w Kolonii rozsławiły szeroko jego wiedzę i zdolności nauczycielskie, toteż wysłano go do Paryża, aby bardziej mógł się udzielać. Tutaj tak znakomicie wykładał „Sentencje” Mistrza, że głębię i precyzję jego myśli podziwiali wszyscy. Dlatego po zdobyciu wymaganych uprawnień otrzymał godność mistrza i chwalebnie wstąpił na katedrę teologii. Odtąd jego wykłady i autorytet nauczycielski stały się tak sławne, że mogłoby się wydawać, iż wszyscy miłośnicy mądrości zbierali się, żeby go słuchać. Wieść niesie, że nigdy nie starczyło krzeseł dla słuchaczy, a szkoła ani żaden inny dom nie mógł ich pomieścić.

Obrońca ludzkiego życia

Na rozkaz Stolicy Apostolskiej sługa Boży Albert, odziany tarczą wiary, poszedł łagodzić nieokrzesanych pogan. W towarzystwie braci i księży, wśród wielu niebezpieczeństw, doszedł od granic Saksonii aż do Polski. W okolicach tych żyli wówczas ludzie, uprawiający jeszcze barbarzyńskie zwyczaje dawnych Słowian, to znaczy Wenedów i Prusów. Mieli oni zwyczaj zabijania niemowląt, które urodziły się kalekie. Ponadto nie dopuszczali dzieci, jeśli rodzice nie mogli ich wyżywić. Określali liczbę dzieci i żadnego niemowlęcia, które ją przekraczało, nie zachowywali przy życiu, ale natychmiast je zabijali. Tak samo zabijali starców i ludzi niezdolnych do pracy. Żeby zaś było jeszcze bardziej niegodziwie, synowie, którzy w ten sposób krzywdzili swoich rodziców, sądzili, że oddają im przysługę, jako że przez zadanie śmierci uwalniają ich od cierpień.

Sługa Boży Albert obchodził wioski tego kraju i dokładnie rzecz wyjaśniał, tak że nawet owi synowie pokazywali mu mogiły rodziców, których w ten sposób zabijali. On płakał nad tak wielką ludzką bezbożnością i z całą mocą ją potępiał.

Pokuta za naruszenie ubóstwa

Kiedy został prowincjałem, nie tyle zajął się rządami, ile stał się doskonałym naśladowcą dawnych ojców w ubieganiu się o sprawiedliwość i prawość ducha oraz zakonną gorliwość. Przewodniczył trzem kapitułom prowincjalnym; mianowicie w Ratyzbonie, Erfurcie oraz Trewirze. Na tej ostatniej nakazał przeorowi z Minden za pokutę pięć dni pościć o chlebie i wodzie, odprawić pięć mszy i przyjąć trzy dyscypliny, dlatego że wbrew zakonnemu ubóstwu przyjechał na kapitułę na koniu.

Sam był tak ubogi i pokorny, że klasztory swojego zakonu rozproszone po całych Niemczech wizytował pieszo i bez pieniędzy, o żebranym chlebie: do tego stopnia ubiegał się o doskonałość Apostołów. Zakonnych zasad Braci Głosicieli przestrzegał najściślej i chciał, aby inni ich przestrzegali.

 
Chłopskie buty

Biskup w chłopskich butach

Gardził wszelkimi ziemskimi godnościami, a dla mitry i pastorału miał tyle samo szacunku, co dla torby i kija. Kochał tylko Chrystusa i Jego sprawiedliwość, toteż wszyscy, którzy go znali wówczas, kiedy został porwany na biskupstwo, wątpili, żeby tego świętego męża, pełnego pokory i wyzutego z siebie, można było zmusić do przyjęcia tej godności. Nie mógł jednak uniknąć ostatecznej decyzji papieża, bo kiedy gorąco prosił i wskazywał, że się do tego nie nadaje, Apostolski Ojciec odpowiedział: „Nie szukaj pretekstów, synu, bo nie wypada ci kłamać. Przypomnij sobie powiedzenie: Bałwochwalstwem jest słuchać samego siebie, a uległym nie chce być fałszywy prorok…”

Przyozdobiony w biskupstwo, jako pasterz Kościoła i ludu Bożego, w całości zachowywał śluby zakonne i w ten sposób przyozdobił dodatkowo godność biskupią. Podobnie jak biskup Tours, św. Marcin, w miarę możliwości zachowywał dotychczasową pokorę i ubóstwo. Nie wstydził się, zwyczajem prostych zakonników, nosić chłopskiego obuwia, tak że od własnego ludu otrzymał przydomek: „biskup w buciorach”.

Był oddany służbie Bożej i ciągle rozważał Boże prawo, toteż nie zwracał uwagi na zewnętrzne honory. Nie używał też honorowego orszaku jeźdźców; jak to było w zwyczaju biskupów niemieckich i czego — jako bogate miasto — życzyła sobie Ratyzbona. Wolał wizytować diecezję w skromnym towarzystwie, niekiedy pieszo, a jak wieść niesie — czasem osobiście dźwigał swój strój pontyfikalny oraz książki. Z dochodów kościelnych brał tylko tyle, ile potrzeba było na wyżywienie jego współpracowników, resztę zaś, jako należącą do ubogich, między nich kazał rozdawać.

Rzucił biskupstwo jak rozżarzony węgiel

Upłynęły trzy lata od czasu, jak sternik Pański Albert zaczął chwalebnie kierować Kościołem w Ratyzbonie. Wielu z jego otoczenia z trudem znosiło jego święte i pokorne życie, tak było sprzeczne z ich przyzwyczajeniami. Zaczęli więc go potwarzać i krzywdząco obmawiać. Przyczyna tego była prosta. Czytaj Pisma, to zauważysz, że złożona w ofierze owieczka budziła wstręt Egipcjan. Tak jak smutni nie lubią wesołego, a dowcipnisie smutnego, podobnie ludzie podstępni nienawidzą tego, który jest sprawiedliwy i prostolinijny.

Kiedy więc znakomity pasterz zauważył, że wśród Bawarów niewiele może dokonać, ogarnęło go wielkie znużenie. Starannie rozważył złożoność i trudności w rządzeniu niemieckimi Kościołami, uświadomił sobie, jak trudno tu uniknąć obrazy Boga lub ludzi, i postanowił zrezygnować z biskupstwa. Choć był Albert człowiekiem wielkiej świętości, przecież znał swoją ułomność i obawiał się, że nie potrafi dopilnować, aby zbójcy nie żywili się krzywdą owczarni. Wolał zresztą zajmować się nauką w zakonie dominikańskim, z którego został wzięty, bo to Kościołowi przynosiło więcej owoców niż dźwiganie biskupstwa, do którego przymusił go Urban IV. Zgodził się na to Klemens IV, następca Urbana, i Albert jakoby z napiętego łuku zeskoczył ze swego biskupstwa i spiesznie wrócił do ubóstwa i pokory swojego zakonu.

Piękne świadectwo na ten temat złożył w swojej kronice brat Bernard de Castris: „Brat Albert został zmuszony do przyjęcia biskupstwa w Ratyzbonie, ale rychło rzucił je, tak jakby było ono parzącym ręce rozżarzonym węglem, i wrócił do ubóstwa swojego zakonu”.

 
Ostatni wykład mistrza Alberta

Ostatni wykład mistrza Alberta

Sławny ojciec Albert, już przygnieciony starością, prowadził swoje zwykłe wykłady w klasztorze w Kolonii i miał bardzo wielu słuchaczy. Pewnego razu, kiedy badał i przytaczał jakieś uzasadnienia, zaczęła go zawodzić pamięć. Chwilę pomilczał, wreszcie ku zdumieniu wszystkich, wzmocniony Duchem Świętym, tak się odezwał:

„Powiem wam, moi drodzy, coś nowego i starego zarazem. Kiedy w swej młodości miałem już pierwsze osiągnięcia w nauce, za wezwaniem Chwalebnej Dziewicy, prowadzony przez Ducha Świętego, wstąpiłem do Zakonu Kaznodziejskiego. Chwalebna Dziewica napomniała mnie, abym się wiernie przykładał do studiów; toteż w miarę sił starałem się zarówno dobrze studiować, jak dobrze się modlić. Czego zaś nie mogłem poznać z książek, często osiągałem to w czasie modlitwy.

Kiedyś gorąco modliłem się do naszej Pani i serdecznie Ją błagałem, aby oświeciła mnie światłem Bożej mądrości oraz umocniła moje serce w wierze i zachowała je nienaruszonym, abym zajmując się filozofią nigdy nie odstąpił od prawdziwej wiary. Ona wysłuchała mnie i tak mnie pocieszyła: «Albercie, czuj się bezpiecznie i nie opuszczaj się w cnotach ani w nauce, gdyż Bóg twą wiedzę zachowa od błędu, tak aby przyczyniała się dla dobra Kościoła. Abyś zaś nigdy nie zachwiał się w wierze, oto pod koniec twych dni zapomnisz o kłamstwach i sofistycznych sztuczkach filozofów, a twoja wiara katolicka stanie się niewinna i czysta jak u dziecka. Potem zaś powędrujesz do Pana. Znakiem zaś, że to na ciebie przyjdzie, będzie to, iż utrata pamięci spotka cię na publicznym wykładzie».

Teraz więc, bracia moi, wiem i poznaję po tym, co się przed chwilą stało, że nadchodzi mój czas i zbliża się kres mojego życia. Dlatego wyznaję przed wami publicznie i stanowczo, że wierzę we wszystkie i poszczególne artykuły wiary chrześcijańskiej, oraz pobożnie proszę, aby w odpowiednim czasie udzielono mi kościelnych sakramentów. Jeśli zaś zdarzyło mi się powiedzieć lub napisać coś przeciwnego wierze katolickiej, odmawiam temu wszelkiej wagi i znaczenia”.

Po czym zakończył wykład i płacząc oraz żegnając się rzewnie ze wszystkimi, zstąpił z katedry. Odtąd cała wiedza filozoficzna zniknęła z jego pamięci, pamiętał zaś nadal tekst Biblii oraz mądrość Bożą.